I była prawie szczęśliwa.

IX

Siedzieli teraz przy stole okrągłym, na którym stały bardzo prymitywne przybory do jedzenia.

Gdzieniegdzie — na innych stołach paliły się już świece w kloszach. Oni korzystali z resztek dziennego światła, które sączyło się przez wachlarzowe liście ogromnych, wspaniałych kasztanów.

— Szabasowe oświetlenie!... — zawyrokował Ottowicz.

Restauracja była bez charakteru. Nawet poprawna. I przez to dziwnie niemiła. — Aż prosiło się o trochę niepoprawności na tem podnóżu góry i w niedalekiej odległości bardzo przejrzystych i jasnych stawów.

Po hotelowemu podano jedzenie; fraki kelnerów przypominały zaduch i ciasnotę miasta.

Rena jednak czuła prawie radosne jakieś podrażnienie. — Siedziała naprzeciwko Halskiego, który do tej chwili nie zwrócił się jeszcze wprost do niej słownie. Lecz patrzył na nią ciągle i badawczo. Ona drętwiała pod tym jego wzrokiem, zapominając o Weychertowej, o swej urazie, o wszystkiem. — Nagle Janka, której ręce splatały się bezustannie z rękami Ottowicza, zapytała:

— Dlaczego Pan tak dziwnie patrzy na panią Bohuszową?

Ocknął się jakby ze snu.