Przed jej oczyma stanęła nagle z całą dokładnością szpetota otoczenia Weychertowej, to dziecko zamorusane, ta kobieta o olbrzymim, obwisłym biuście, zdolnym rozpłomienić wygłodniałego żołnierza — biuście, który pokrywał pustkę duszy i umysłu tej kobiety.
— Jednem słowem... baby! — zaopiniowała ze wstrętem.
I gruntując się na tym terenie, z całą, na jaką ją było stać, pogardą rzuciła:
— Nie zawsze Pan hołdował tym zasadom.
Odparł energicznie:
— Zawsze!
— Znam osobę, której zdobycie nie przysporzyło Panu z pewnością blasku.
Zdawał się szukać w pamięci, wreszcie wyrzekł żywo:
— Są rozmaite blaski. Czasem wystarcza żywiołowe piękno bujnego ciała. To ma w sobie także królewską potęgę.
Rena chciała coś odpowiedzieć — lecz Ottowicz przez stół błagał uświadomioną pannę, która uznała za stosowne czegoś się najeżyć.