Powóz unosił ich szybko w stronę miasta.
Wjechali teraz w cuchnące przedmieście. Po obu stronach szerokiej ulicy przypadły do ziemi niskie domostwa, ciemne i tajemnicze.
Gdzieniegdzie błyskało światło. Jakieś cienie czasem przesuwały się szybko, ginęły.
Gdzieś w oddali psy ujadały zaciekle. Rena, ciągle owiana uczuciem głębokiego żalu, siedziała nieruchoma. — Oprócz wstydu ze wspomnienia tak dokładnego i brutalnego owej nocy pamiętnej, które Halski przytoczył — dominował w niej z jakiemś przerażeniem skonstatowany zimny ton, z jakim Halski mówił o tem wszystkiem. Nie było ani śladu namiętności w jego głosie, była tylko siła przekonywująca. Przypisała to temu, iż pragnienie jego musiało zwrócić się w stronę Weychertowej i że teraz ku niej ciąży całą mocą. — Myśl ta stała się jej tak wstrętną, iż wyprostowała się nagle i przepojona złością — odezwała się:
— Pan robi ciągle nowoczesnego Don Żuana.
Roześmiał się.
— O Pani! Don Żuan był komiwojażerem w miłości.
— ?...
— Tak jest! Don Żuan robi na mnie wrażenie komiwojażera, który na gwałt umieszcza próbki swego towaru, gdzie może i jak może, byle jak najwięcej.
— Więc dla Pana tego rodzaju ludzie są wstrętni?