— Zbyteczne! Proszę, niech pan wysiada. Tam czekają na pana!...
Zawahał się. Zrobił gest, jakby chciał koniecznie zajrzeć w jej oczy, które trzymała uparcie od niego odwrócone. Wreszcie powstał i wysiadł z powozu.
— Skoro pani tak każe...
Teraz ogarnęła ją prawdziwa, szalona pasja. Czuła, że dzieją się dokoła niej i z nią samą rzeczy, które się dziać nie powinny. — On tymczasem spokojnie załatwiał sprawę pieniężną z dorożkarzem.
To dopełniło miary. Ten brzęk pieniędzy, liczonych przy blasku latarni, który oświetlał jego prześliczny profil, godny być profilem któregoś z Colonnów lub Orsinich Odrodzenia — przejął ją na wskróś zjadliwą, ohydną rozpaczą. Musiała uciec od niego, od tych miejsc, gdzie w pobliżu znajdowało się ciało tej drugiej, czekające i gotowe do posłuszeństwa.
Podniosła się w dorożce.
— Jedź! — krzyknęła do dorożkarza tak niesamowitym głosem, że aż przeraziła się sama tego dźwięku.
Wyrwała mu bat, zacięła konie.
Te pomknęły, szarpiąc się z furją zwierząt, nagle niesprawiedliwie sieczonych.
Dorożkarz zaklął, ściągając lejce.