Ten i ów przechodzień przystanął, przeczuwając jakąś „scenę”.

Ona opadła na poduszki, cała spocona i drżąca.

— Niegodziwi! Niegodziwi!... — szeptała, dysząc ciężko... Czuła się rzeczą żadną, drobną, osamotnioną, bezcelową. Pędziła wśród wszechświata, przesadzając przeszkody, lecąc do jakiejś mety, którą już czuć i uosabiać sobie przestała.

— Niegodziwi!

A w głębi jej jakiś skowyt lękliwy.

— Żeby mu tylko koła dorożki nóg nie przejechały!...

X

Noc jej była głucha, dzika, pusta. Przechodziła ją całą po pokoju, bosa, anielsko piękna w swej długiej, białej koszuli.

Wstawał w niej świat pasji. Witała go trwożna, lecz nie czyniła nic, aby stłumić to w sobie. Przeciwnie, bezwiednie wyciągała ku niemu ramiona.

W ciszy nocnej dolatywały ją przeczyste, metaliczne dźwięki zegara „po Stanisławie Auguście”. Była chwila, w której jakiś sentyment przesunąć się jej zapragnął przez głowę.