— Jemu (Halskiemu) wolno być zwierzęciem! Ale ja...

Nadęła się — wyprostowała. Jakiś nieszczęsny pasażer — Bogu ducha winien — przesunął się koło niej, dotykając jej kolan.

— Przepraszam pana! — wyrzekła sucho, zbierając dokoła siebie suknię.

Wystraszony tym wyniosłym tonem, pomknął w kąt wozu.

Sterroryzowała go jeszcze spojrzeniem, któregoby się nie powstydziła żadna matrona lub kandydatka do onej.

I siedziała już tak, godna, surowa, a we wnętrzu jej zaczynało swą podziemną robotę piekiełko, budzące się na najlżejsze o Halskim wspomnienie.

W domu opadł ją znów rój myśli piekących a nieuchwytnych.

Pierwszą jej chęcią było odczytanie listu Halskiego, lecz powściągnęła się. Sądziła, iż w ten sposób łatwiej zapomni. Rozpoczęła przegląd piór, jakie zalegały pudełka.

Pogrążała ręce w delikatny puch i wyciągała je, przepojone tym zapachem, który długo leżące w zamknięciu pióra wydzielały.

Lecz wprędce znużyła ją ta zabawa.