Jak nagle zepsuta w sprężynach lalka, padła na szezląg i tak przetrwała całe popołudnie. Jakaś gorączka chwyciła ją oburącz. Trawiła ją w stronę Halskiego, a scena w kancelarji konsystorza — ten bunt, rwący się pędem ku obłudzie, splatał się w jakieś straszne, dręczące majaki.
— Coś mi kazali podpisać... ale co?... Co?...
Mignęło jej zawiadomienie adwokata, lecz z jakiemś okrucieństwem histerycznem zapragnęła pogrążyć się w coraz gorszym odmęcie.
— Niech będzie tak!... Niech będzie tak!...
Zastał ją w tem usposobieniu redaktor.
Przyszedł wyświeżony — w nowym letnim garniturze, ogolony — dumny z ładnej cery, którą się odznaczał.
— Jestem na rozkazy!
Spojrzała nań zdziwiona.
Zapomniała na razie, iż go wezwała.
Przypatrując mu się, poczuła nagle, iż budzi się w niej jakaś małpia złośliwość. Taki był piękny, pretensjonalny, pachnący, a jednak obrzydliwie oszukiwany.