— Ah! Ah! Ah!...

Śmiech Reny przechodził prawie w spazm. Patrzyła na niego z pod przymkniętych rzęs, wpół leżąc na szezlągu. Domowa jej lekka suknia rozwarła się — batyst i koronki jej dessous pieniły się, przeświecając różowy atłas jej ciała.

Wydał się jej głupi nieskończenie i godzien losu oszukiwanego sromotnie kochanka.

— Swoją drogą! — zaczęła — Weychertowa na tej szlachetności nieszczególnie wychodzi.

— ?...

— Naturalnie. — Masz pan wielką ochotę ją zdradzić.

Przybrał minę kuszącą.

— Och!

— Naturalnie. Inaczej nie byłbyś zjawił się tak skwapliwie i w tak doskonałym rynsztunku...

Przymilająco spojrzał na nią lekkim zyzem.