Wzrok jeszcze więcej w syfon wbity.
Ręce kurczowo zaciskają ramiona fotelu.
— Bo... żony pana...
Mówię bezbarwnie, matowo — umyślnie, aby wywoływać zapytania.
— Bo — mej żony? Nie rozumiem!
— A!...
— Więc?
— Pan dużo rzeczy nie rozumie i nie rozumiał...
Adwokacina zaczyna rozumieć, choć tępo.
— Na Boga... co pani... co...