Wzruszyła ramionami.

— Pan jest bez konsekwencji — i to podwójnie. Żonaty...

— Tak mało — żona chora w Zakopanem...

Powstał i przysunął się ku niej.

Miał gest i wyciągnięcie rąk, które ona znała aż nadto dobrze. Drżały niecierpliwą pożądliwością, która zdawała się wypływać fluidem żądzy z końców palców. Usunęła się znów na szezląg. Zmrok ogarniał sprzęty. Padła w tył. Te wyciągnięte ręce dosięgły ją i posunęły się ku jej piersiom. Wypełzło ku niej z furją wspomnienie dotknięć Halskiego. Zapragnęła odczuć raz jeszcze tę dziwną półrozkosz. Nie usunęła się niedyskretnym rękom, lecz wyszeptała:

— Niech pan mówi cicho, bez żadnych intonacyj: Reno, cudna jesteś od stóp twych drobnych...

Powtórzył:

— Reno! Cudna jesteś od stóp twych drobnych...

Nie uczuła nic — zapragnęła dołączyć do słów wrażenie dotyku.

— Weź mnie pan wpół! — wyrzekła — przyciśnij i mów: „aż do wyniosłej twej głowy i kaskady twych płomiennych, rozsypanych włosów”...