XVIII
Przez cały tydzień Rena nie wychodziła poza próg swego mieszkania, popadłszy nagle w jakąś chorobliwą apatję. Kilkakrotnie odwiedzał ją Kaswin. Znosiła jego obecność dość łaskawie — nie pozwalając mu wszakże na dawne poufałości. W ogóle zmieniła się zupełnie. Zaniedbała się nawet w stroju i w geście. Robiła wrażenie kogoś — kto się już niczego nie spodziewa.
Kazała Kaswinowi opowiadać sobie jego dawne afery miłosne, słuchając pilnie, jakby robiła jakieś studja... On, uszczęśliwiony, dosiadał swego konika z zapałem, który ożywia zwykle młokosów, opowiadających o swoich erotycznych próbach i początkach. Podawał je w formie powiększonej, robiąc z prostych, zwyczajnych, młodzieńczych przygód, jakieś dramaty lub farsy o pewnem uczuciu. Przerywała mu często niecierpliwie.
— Nie blaguj! — mówiła, umiejąc już orjentować się w sferze miłosnych prawdopodobieństw.
Czasem znów pytała z jakąś namiętną ciekawością:
— Czy wszyscy mężczyźni tak?...
Odpowiadał jej, przybierając minę subtelną:
— O!... Nie! Ja w tych wypadkach jestem zupełnie indywidualny. Tak mi mówiły te, które mnie kochały.
Patrzyła na niego z nieokreślonym wyrazem twarzy. Było to pomieszanie jakby wstrętu i zarazem smutku.
Mimo to pozostawiała w jego dłoniach swe ręce, które rozpalały się mimowoli od dotknięcia jego niewprawnych, młodzieńczych palców. Czyniła to, jakby w potakiwaniu przyjaznego zespołu, przekonania siebie samej, że jest ktoś, na kim w danej chwili przyjaźnie oprzeć się będzie mogła. I wszystkiemi środkami starała się właśnie nadać swemu stosunkowi do Kaswina cechę czystej przyjaźni. Leżąc na otomance, z oczyma przymkniętemi, wysłuchiwała cierpliwie, po raz dziesiąty jego opowieści o miłości jego z szansonetką rosyjską, która w Bristolu cały miesiąc wyła niemożliwym a podejrzanym głosem, rozdzierające, melancholijne pieśni.