Histerycznie była teraz podrażniona.
— Skoro ja... — dodała — na wszystko jestem gotowa.
Jakiś smukły cień zamajaczył na trotuarze w pobliżu jej domu.
Był to Kaswin.
— Szedłem właśnie do pani! — pozdrowił ją szykownie.
Zatrzymała się i ogarnęło ją obłędne drżenie. Patrzyła na to młode chłopię i myślała:
— Może... może...
Nagle zdecydował ją łagodny ton mowy „małego”.
— Nie mogę już żyć bez pani!
Czuła błąd — wykrzywienie się linji jej postępków — czuła, że powinna zatrzymać się, namyśleć — ochłonąć.