Zaczęła podniecać siię coraz więcej gorączkowo.

— A to już twoja rzecz, panie mężczyzno, i to mężczyzno zakochany we mnie. Prowadź mnie, gdzie jest wolno wejść ludźmi obcymi, a wyjść kochankami!

Aż cisnął się, jak małe zwierzątko, radośnie usposobione.

— Reno? Ty mnie kochasz! — wykrzyknął z pewnym rodzajem dziecięcego patosu, który przecież był szczerą prawdą.

Ona roześmiała się.

W półcieniu ulicznym śmiech ten miał fatalny wyraz.

— Ja?... — krzyknęła.

I zaraz dorzuciła, jakby plując słowa:

— Czekaj... coś ci powiem, coś z waszej szkoły — co posłyszałam sama przed chwilą...

Urwała.