Bez słowa wyszła pierwsza z restauracji. Za sobą słyszała dreptanie lakierków Kaswina. Gdy uchylał przed nią ciężkie odrzwia, mignęła jego biała ręka, na której z pod mankietu złocił się wąziuchny łańcuszek bransoletki. Ten śmieszny szczególik drażnił ją dawniej do szaleństwa. W tej chwili spotkał się z jej obojętnością. Było to drobne, a przecież zastanowiło ją.
— Jakby mnie ujął! — pomyślała.
I łagodnie, bez nienawiści usunęła go od dorożki, do której chciał wsiąść z nią razem.
— Pozwól pan! Pojadę sama.
W świetle latarni twarzyczka młodzieńca okazała szczere zmartwienie.
— Renusiu! Dlaczego?
— Chcę być sama!
Nadała pewną stanowczość swemu głosowi. Pokornie posłuchał.
— Dobrze!
Wsunął jej w rękę portmonetkę, którą mu dała poprzednio.