— W sanatorjum mówiono mi, iż zawiadomiono nad wieczorem łaskawą panią o śmierci jej małżonka!

— Umarł?

— Po obiedzie. Były to jakieś wrzody mózgowe... przyczyniły się rozmaite inne powody...

Zapadła długa cisza.

Nie modlił się w tej ciszy nikt — nie łkał nikt — nie prosił zmiłowania, ani spoczynku.

Coś było więcej, niż żałobnego, coś więcej, niż biło w dzwony cmentarne.

Była wielka lodowa pustka. Była nicość...

Groteskowa figura agenta przedsiębiorstwa pogrzebowego traciła swe charakterystyczne cechy.

Był sługą Nicości — był odźwiernym nieogrodzonej lodowej pustki, cmentarzyska, z którego mur rozsypał się w gruzy.

— Pan niech odejdzie!... — wyrzekła wreszcie Rena.