Tak łatwo przecież rozwiązało się to wszystko.

Tak cicho, tak grzecznie...

To samo mogło nastąpić teraz z Kaswinem, z Halskim...

Całe upędzanie się zbyteczne, niepotrzebne, teatr prowincjonalny, który buduje świątynie z połatanych prześcieradeł.

W poprzek jej sypialni jakby czarna smuga — nieruchoma.

I tonące w nią stopami widmo z opuszczoną na piersi głową, tak, że widać tylko biel czoła i szczotki brwi, ściągniętych w jedną, upartą linję.

Rena usiadła na fotelu.

Nie miała odwagi wejść do sypialni. Nie chciała pozostać w niej sama ze swojem ciałem, które zdało się jej w tej chwili szczelnie powleczone szatą, wykrojoną z trupiego całunu.

Oddawanie się jej zmarłemu, a teraz Kaswinowi, zaczynało identyfikować się w jej umyśle i nerwach.

— Już nie wiem, który, nie wiem nic... nic...