Chciała wydobyć jakiś pierwiastek czystości, coś, coby ją obroniło przeciw bezmiernej nienawiści, która w niej wzrosła, do niej samej.

— Kochasz przecie... kochasz! — powtarzać sobie zaczęła rozpaczliwie.

Lecz takie drobne, takie żadne stało się jej to słowo. Nie niosło nic w żadnym kierunku.

Walczyć już nie mogła — ogarnęła ją lodowa próżnia.

Zwaliła się głową na bezwładnie opartą o poręcz rękę...

I — twardo, zwierzęco — zasnęła.

XXIV

Bardzo wcześnie obudził ją zapach kwiatów. Służąca przenosiła przez salon śliczny, ogromny kosz różowego kwiecia. Słońce poprzez niespuszczone story oświecało dziewczynę złotym blaskiem.

Było to ładne i bardzo żyjące.

Widząc budzącą się Renę — dziewczyna zatrzymała się.