— Pan Halski — i bardzo prosi, aby pani przyjęła na chwilę.
Skrzywiła się i uśmiechnęła.
— Proś do salonu!
Przeszła mimo lustra i nie poprawiła włosów, nie upudrowała się.
— Ho! ho!... — pomyślała, konstatując ten fakt z pewnego rodzaju respektem dla samej siebie.
W salonie zastała Halskiego. Stał na środku, trzymając w ręku panamę.
Odrazu zauważyła, że był wyjątkowo źle ubrany. Miał garnitur z surowego jedwabiu, widocznie źle wyprany w chemicznej pralni. Spodnie były za krótkie i pięły się ku górze, to samo i rękawy. Kamizelka marszczyła się — kołnierz tworzył chomonto. W dodatku Halski miał wygląd człowieka, który jest jakiś niepewny siebie i strawiony gorączką. To wszystko nie trzymało się razem i osłabiało wrażenie.
Odrazu rzucił zdanie:
— Pani jest wdową?
Skinęła głową.