Porwał się z niesmakiem.

— Nie mów tak, proszę!...

Lecz ona nagle wybuchnęła podniecona:

— Dlaczego? Dlaczego nie mam tak mówić? — Owszem! wsłuchaj się pan w swoje dzieło. Wyście ze mnie zrobili tę istotę połowiczną, grzeczną i bezbronną, tę, która nie wie, co jest dozwolone, a co zakazane, a rwie się i szarpie w rozbudzeniu zmysłów! Jako najwyższą cnotę ukazywałeś mi pan zadośćuczynienie mym popędom — dziś cnotą dla pana jest to, iż byłam ową kaleką i pożądasz mnie dla tego kalectwa mego.

— Ja cię kocham! — próbował wtrącić.

Lecz ona tupnęła nogą, iskrzącemi oczyma patrząc mu prosto w twarz.

— Kłamstwo! To nie miłość! — zawołała. — Pan mnie pożądasz po prostu — a podnietą w tem jest prosta radość z myśli, iż nikt, nikt, prócz pana!... Ani pan mnie, ani ja pana nie kochamy. Ja chciałam, byłam do tego zdolna — chciałam pana kochać i w tem kochaniu znaleźć miejsce także i dla złączenia się naszych ciał, ale pan nie byłeś ani na chwilę dla mnie „człowiekiem”. Zapomniałeś o tej stronie. Wiecznie i zawsze tylko zmysły, tylko dreszcze, tylko zaspokojenie ślepe i bezmyślne... To samo i dziś — i dziś...

— Jednak!...

— Nie przecz pan — to samo! Nie pytasz nawet, nie zdajesz sobie sprawy, kto jako człowiek jest ta istota, którą chcesz wziąć za żonę. Wystarcza ci, że jest pod względem erotycznych spazmów nowicjuszką, dalej, że nikt, żaden inny mężczyzna nie powie sobie o niej tego, co ty masz prawo powiedzieć. Nikt — bo nawet i ten nieszczęsny mąż umarł. Lecz nie ciesz się przedwcześnie, od wczoraj nie jestem bez skazy, jestem tą, która szła siłą pary w świecie zmysłów, jestem równą wszystkim twoim kochankom!... Tobie samemu.

Zaczęła drzeć, pobladła. Nienawiść ją ogarnęła całą, przepoiła nawskróś.