— Chodź ty! — wyszeptała spoza fałd chustki Żydówka. — Chodź, dosyć ty za domem była. To nie twoje wyjście, nie twój dzień...
Po twarzy dziewczyny przemknął jakby cień smutku.
— Ano idę!... Niech matulę ucałuję i pacierz zmówię!
— Ino się nie zabawiaj!
Julka do łóżka znów przypadła i chwil kilka z głośnym szeptem i świstaniem Wieczne odpocznienie odmawiać zaczęła. Łzy gradem lały się jej po tłustych policzkach, nie ocierała ich nawet, ciągle drżącymi palcami wychudłą rękę trupa gładząc.
— Julka! — ode drzwi rozległo się wołanie.
Dziewka powoli się od łóżka dźwignęła i z oczyma w ziemię spuszczonymi ku wyjściu kierować się zaczęła.
Zastąpiła jej drogę Szczepańska:
— Idziesz? A korale? A spuścizna?...
Lecz dziewka ręką machnęła.