Na próżno siedzący obok niej mężczyzna uśmiechał się i usiłował umieścić dogodnie jej kapelusz, cały z brązowego tiulu, istne pieścidełko wydmuchane z purpurowego obłoczka. Na próżno, zdjąwszy jej rękawiczki, zwijał je starannie i wsuwał pomiędzy poduszki powozu, na próżno chwalił jej nowy dolman5, na który wyszło z pięćset łokci koronki; ona siedziała ciągle chmurna, z brwiami ściągniętymi, z twarzą gniewnie wykrzywianą.
— Dlaczego tak późno przyjechałeś? — zapytała wreszcie, zwracając się twarzą do swego towarzysza.
— Nie mogłem! Wierz mi! — tłumaczył się mężczyzna.
— Dlaczego?
— Bo!... bo!... mieliśmy gości!... — odparł, udając nonszalancję i oglądając sobie paznokcie.
Znać było, że blaguje, lecz ona nie poznała się na tym.
— Kto był? — nalegała już trochę udobruchana. — Kobiety?
— O, zaledwie kilka! Kuzynka Esterghazy z córką, wiesz... ta hrabina!
Ona potwierdziła spiesznie.
— Tak! Tak! Mówiłeś już mi o niej, a z mężczyzn?