— Jak pan sądzi? Brunetka była? Co?
— Nie wiem! — odparł nauczyciel.
— Daj pokój, Marianie!... — wrzasnął Julusiek. — Albo on się zna na tym!
— Hm!... — odrzekł Marian — jest przecież mężczyzną.
— E! Taki tam! Boże się zmiłuj!...
Pan Wentzel zerwał się z miejsca.
— Cicho! — krzyknął uderzając książką o stół. — Cicho!... bo...
Głos uwiązł mu w gardle.
Marian i Julusiek, mrużąc oczy, przypatrywali mu się impertynencko.
Tyle ironii mieściło się w wyrazie twarzy tych przedwcześnie rozwiniętych dzieci, że nauczyciel najczęściej czuł swą sztuczną energię jakby zmrożoną i w głębi serca doznawał dziwnego ściśnienia, które mu dotkliwy ból sprawiało. Czuł swą bezsilność i milknął połykając łzy i upokorzenie.