Pan Wentzel ciągnął dalej:
— Dach cały runął, przygniatając zgromadzone tłumy. W ten sposób więc nieprzyjaciele Samsona...
— E, to taka prawda jak to, że Ewa jabłko zjadła... — przerwał znów Julusiek.
— Pokonani zostali... — brzmiał głos nauczyciela.
Teraz Marian poruszył się na krześle.
— A Adam ogryzkiem się udławił... — wyrzekł śpiewającym głosem.
— I gdyby nie Dalila, która...
Lecz już słowa pana Wentzla brzmiały jedynie chyba dla niego samego. Dzieci, pobudzone w swej przekornej wesołości, jak piłkę odrzucały sobie wzajemnie legendy, podawane im przez nauczyciela za fakt. Dla nich, dla tych rozbudzonych przedwcześnie umysłów, nie istniał już żaden urok naiwnej wiary — ze śmiechem i drwinami szarpali treść Pisma, nie mogąc jeszcze zrozumieć przenośni.
Pod gradem tych słów wyziewanych przez drobne, dziecięce usta, które zda się stworzone były do szeptania modlitwy, pan Wentzel siedział przybity, bezsilny, z głową na piersi zwieszoną. Codziennie powtarzało się to samo.
Codziennie nauczyciel i jego słowa były przedmiotem szyderstw, żartów i śmiechu.