— Pani wie... moja pani, że ta, ta...
Poleciał potok słów.
Oberwankowa stała cierpliwie na środku dziedzińca, chłonąc w siebie jakieś zadąsane gdakanie pani Dulskiej.
Wreszcie pokiwała głową i wyrzekła:
— To było do przewidzenia. Skoro pan Zbyszko od niej nie wychodzi...
— Kiedy? jak? gdzie?
— To już nie wiem, kiedy, ani co. Ale to wiem, że tam przesiaduje często, a rankiem czasem razem dorożką na gumach wracają, bo mój mąż, jak kiedyś z obiadu wracał, to ich tak przed bramą spotkał.
— Jezus Maria!
Dulska porwała się za głowę, za piersi, za kark, kopnęła śmieciarki i poleciała na górę.
Co się tam działo, wiedzą tajniki rodzinne familii39 Dulskich.