Matylda Sztrumpf nie chciała zrozumieć taktu i delikatnej wyższości w postępowaniu pani Dulskiej. Przeciwnie.

Zdawało się, że wciąga panią Dulską w jakiś skandal. Rozpasała się po prostu. Coraz głośniejsze wrzaski wylatywały przez okna sypialni. W toalecie swej „prywatyzująca” zaniechała wszelkich tajemnic. Kąpiele słoneczne przeniosła z głębi swych barwnych komnat na ganek. Początkowo wiewały na jej ciele peniuary50 z rękawami, zamiatającymi pył spod jej stóp. Lecz i te peniuary zostały uznane za zbyteczne. Matylda Sztrumpf wygrzewała swe białe plecy bez osłon tuż przy balaskach51 gankowych. Pani Dulska cierpiała na ten widok i podciągała pod swój podbródek barchany i welwety52. Ze zdwojoną energią siekała preparaty, z których miał być fałszywy zając na niedzielne uroczystości familijne.

Lecz ten łomot tasaka nie uspakajał Matyldy Sztrumpf. Przeciwnie, jakby ją podniecał. Coraz silniej spadały z niej koronki, a halka jaskrawa z pomarańczowej tafty53 cudem czepiała się bioder, ledwo okrytych batystową54 koszulą. Matylda Sztrumpf żuła suszone śliwki, plując wdzięcznie pestki w stronę pomieszkania55 samej gospodyni. Gardłowym, wypłukanym przez koniaki głosem, nuciła melancholijnie pieśń o małym trottlu56 i biła, jak kopytami, dużymi nogami o deski ganku.

Zawieszona tak między niebem a ziemią, siała dokoła zgorszenie i niepokój, ujawniała tajemnicę swej rozpusty i hańbiła na wiek wieków dobrą reputację kamienicy Felicjanowej Dulskiej. Lecz mało było tego.

Matylda Sztrumpf od pewnego czasu była w rozterce57 ze starym Żydem, który przecież służył jej wiernie, dyskretnie i zręcznie.

Co chwila rozlegały się nieludzkie wrzaski, wymysły bogate, wiedeńsko-czerniowiecko-galicyjskie, z okien i drzwi wylatywały na ganek, dziedziniec pantofle, miednice, buty męskie, szklanki, ramki do fotografii, laski, rozmaite sprzęty. Lokatorzy wybiegali na ganki przerażeni, zdumieni, zgorszeni. Pewnego lipcowego ranka Matylda Sztrumpf „prywatyzująca” wytrąciła za drzwi swego factotum58, który wyleciał na ganek jak z procy, i nagle i on rozwarł czeluście swej wymowy. Zdawało się, że dwa szatany, zamknięte w klatce, odprawiają jakieś nabożeństwa. Kokotka wypadła na ganek i jęła doskakiwać z pięściami do starca. Wszystko, co słownik podręczny dam z „Amerykanki” posiada, wzbiło się pod niebiosy najwyższym diapazonem59, na jaki zdobyć się może głos kobiecy.

Przerażeni mieszkańcy, nie tylko kamienicy Dulskiej, lecz i sąsiednich domów, pobledli i niepewni stali w oknach i na gankach, niemi i cisi. Jakiś groźny szacunek dla tych dwojga, walczących pod słońcem i nazywających rzeczy po imieniu, sterroryzował wszystko. Tylko jakaś starsza panna wysłała służącą do Dulskiej z żądaniem, aby położyła koniec tym awanturom. Dulska wydelegowała stróża i ten nieśmiało zażądał, ażeby Matylda Sztrumpf udała się z załatwianiem swych kwestii spornych w głąb apartamentu.

Was denn?!60 — wrzasnęła kokotka.

— Bo proszę wielmożnej pani, pani gospodyni kazała powiedzieć, że to wstyd, bo to przecie stary człowiek, a pani tak nim poniewiera, że aż ludzie...

Lecz nie mógł skończyć, bo Matylda Sztrumpf przyskoczyła do niego z pięściami: