— A pani gospodyni co się wtrąca! — wrzasnęła. — Niech pilnuje swego tłustego brzucha i swego strizzi61 synalka! Mnie wolno mit dem Mann treiben, was ich will. Es ist mein Vater!!!62

Po tym tryumfalnym wyznaniu blada twarz Dulskiej ukryła się poza firankami, zdobiącymi drzwi kuchni. Jak szalona pobiegła Dulska przez mieszkanie i natknąwszy się na rozwalonego na kanapie Zbyszka, przeklęła go silnie i solidnie do ósmego pokolenia.

Ale to nic nie pomogło. Zbyszko zadartych nóg nie opuścił, a kokotka dalej hulała po ganku, wypełniając na swój sposób czwarte przykazanie.

*

Wszystko to jednak nie było niczym w porównaniu z tym, co się dalej stało.

Oto kokotka sprowadziła do siebie dziecko.

Ową „dziecinę”, bawiącą na wsi.

Był to mały chłopak, mający około czterech lat, nędzny i chudy, odziany mimo upału w aksamitne ubranie.

Lecz gdy dziecko to pierwszy raz pokazało się na ganku, cała kamienica i przylegle domy po kraje Łyczakowa63, zaszemrały jak w ulu.

Oto — dziecko to było czarne.