Murzynię zawyło.

Och! jak żałośnie.

Coś z psa bezdomnego, coś z prymitywnego człowieka, nawołującego na pomoc...

Nie słyszał przecież nikt, bo salon Matyldy Sztrumpf graniczył ścianą z łazienką i kuchnią młodego małżeństwa.

Nie słyszał nikt, tylko jedna istota.

Kucharka owego małżeństwa, dewotka, która już od wielu lat ze skradzionych na „koszykowym”67 pieniędzy wykupywała małe Chińczyki, Murzyny i inne egzotyczne czupiradełka, złożone z ciała i duszy.

Syn Matyldy Sztrumpf nie dawał spokoju Magdalenie Onyżek. Wzdychała ciężko, patrząc na tę nieochrzczoną może głowę. Gdy w nocy przez cienką ścianę posłyszała skowyt dziecka, w jednej chwili ogarnęła sytuację, wyskoczyła z łóżka i, odziawszy się, wypadła na ganek.

Energiczną będąc, zbiła szybę w sypialni Matyldy Sztrumpf, otworzyła okno i bez ceremonii wtargnęła do wnętrza. Szybko odnalazła dziecko, pochwyciła je na ręce i zaniosła do swojej kuchni.

Tam zapaliła lampę, napoiła dziecko mlekiem i nawzdychawszy się nad nim i nakręciwszy głową, zaczęła przygotowywać mu legowisko.

— Czarne, ale przecie człowiek i stworzenie boże!