Dulska przestała jeść, sprzątać kłócić się, przeklinać. Chodziła, coś sumując, coś ważąc. Czuła bezdenną śmieszność, ściągniętą przez pojawienie się małego Murzynka w jej kamienicy. Wiedziała, że przechodzący ulicą mieszkańcy okoliczni przystają i spoglądają ciekawie, radzi ujrzeć „to czarne” — bodaj przez szyby. I dzień, w którym na balkonie od frontu pojawiło się małe czarne Murzyniątko, przylepione do misternej balustrady, był dla Dulskiej dniem strasznego smutku i rozpaczy. To był afisz kamienicy, sto razy gorszy niż gumy i automobile, zajeżdżające obecnie zupełnie jawnie przed bramę.

To była publika nad publiki, niebywała, cyrkowa i potworna.

Dulska chodziła jak nieprzytomna. Sława bytności murzyńskiego potworka rozszerzała się coraz bardziej. Zbyszko w przystępie dobrego humoru zapowiedział, iż prawdopodobnie a maluczko65 w miejscowym „Nouveau Siècle’u” pojawi się aktualny rysunek, wyobrażający kamienicę Dulskich z Murzynkiem na głównym balkonie.

Dulska uwierzyła i zapadła jeszcze w większą rozpacz.

*

Dzieje czarnego dziecka Matyldy Sztrumpf były smutne i krótkie. Powstało z zachwytu cake-walk’a66 i było jak cake-walk giętkie, niewyraźne i odrażające. Obecnie całe wieczory spędzało same w ciemnicy apartamentu Matyldy, która o zmierzchu znikała wystrojona i szumiąca. Stary Żyd gasił światło i, zamknąwszy drzwi na klucz, szedł w świat, aby powrócić późno w noc. W mieszkaniu pozostawało małe Murzyniątko, trwożne i nieszczęśliwe.

I pewnej nocy zbudziło się, leżąc na dywanie salonu. Zbudził je może promień księżyca, może skurcz serca, może głód, może jakiś powiew melancholii od szerokich łanów, na których szumi jeno cukrowa trzcina i błyszczą zgięte plecy, czarne i lśniące.

Coś zbudziło małą czarną istotkę.

Porwało się na klęczki.

Zabłysły białka.