— I po co jej to było?

— Ha, no... Taka — to już przyzwyczajona.

— A co jej zrobią?

Dulską jakby kto podminował.

— Jak to co? Wsadzą do aresztu. Jak będą chcieli zasądzić na grzywnę, nie zgodzę się! Niech siedzi! Zobaczymy, jak jej posmakuje wikt aresztancki i barłóg78. Potrzymam do jesieni...

— No, moja pani!... No, moja pani!...

Zaszumiało — zachichotało.

Do sali weszła Matylda Sztrumpf, ubrana z nadzwyczajnym szykiem. Suknia biała z linon79, inkrustowana wstążkami, na tym zarzucone lekkie okrycie w małą kratkę, krojem à la80 gejsza, ogromny kapelusz „Solferino”81 z olbrzymią różą i wysoką główką „Empire”. Elegancka parasolka, eleganckie szczegóły i szczególiki, a spod jedwabnej halki wyglądały dyskretnie śliczne pończoszki ażurowe.

Weszła jak maj, jak cud, wionęła jak zapach, skoncentrowany w kryształowym flakonie, w ten brud, zaduch i szpetotę sądowej sieni.

Obok niej szastał się młody adwokacik, ubrany elegancko, z teczką pod pachą.