— Dziękujemy panu!
Felicjan ukłonił się i szedł ku drzwiom. Coś jakby uśmieszek leciuchny, jakaś Schadenfreude przesunęła się po jego wąskich wargach, gdy spotkał się z wściekłym wzrokiem żony.
Następny świadek, Marianna Zygmuś, zawodowa praczka, wpadła w swej derowej chustce i dobrze wykrochmalonej spódnicy, jak bomba, i w dygach i ukłonach podleciała do stołu.
— Całuję rączki panu sędziemu, wielmożnej pani gospodyni i wielmożnym państwu! — wrzasnęła z radością.
Twarz jej obsypana piegami, podobna do indyczego jaja, promieniała. Uśmiechała się do wszystkiego i do wszystkich. Sąd jej nie przerażał. A natychmiast wykryła się przyczyna.
— Czy świadek był już karany? — zapytał między innymi sędzia.
— A jakże! — odparła, śmiejąc się Marianna.
— Ile razy?
— Dużo.
— Za co?