— To proszę mamuńci... ten pan, co obok nas... dał mi cukierki...

— Jak? co?

Tuśka uczuła się tak zdumioną, iż jednym susem zeskoczyła z łóżka.

Włosy jej rozleciały się we śnie na ramiona.

Była prześliczna, choć twarz świeciła się zanadto.

— Jak mogłaś przyjąć coś od nieznajomego? Co to za maniery? Gdyby ojciec wiedział, gniewałby się strasznie.

— Proszę mamci... ten pan bardzo jest grzeczny. Sam do mnie podszedł, jakem siedziała na belce, i pierwszy zaczął mówić. A potem, proszę mamuńci, to jest ten sam pan, który wczoraj był w teatrze... To on mi rzucił na kolana różę...

— Co?

— Tak, proszę mamuńci. On jest bardzo zabawny. Udaje psy, koty, osła, udaje, że niby drzewo piłuje, a także, że ktoś sobie głowę rozbije, albo znów, że bębny warczą... albo...

Pita ożywiła się. Uśmiech wypłynął na jej twarzyczkę przy wyliczaniu talentów nowego znajomego. Połykała ślinę, robiła „ciup” ustami, ożyło w niej dziecko.