Lecz Tuśka doznała niewytłumaczonego oburzenia.
Ten pan drażnił jej nerwy od rana.
Bezwiednie to rozdrażnienie już istniało w nocy, bo Tuśka, nie mogąc spać, przypomniała sobie jego na wpół zuchwałe, na wpół łaszące się wejrzenie, gdy po usunięciu natrętnego górala patrzał jej w oczy.
Los teraz czyni z tego człowieka jej sąsiada i każe jej znosić jakieś wyskoki błazeńskiego humoru, który ona uważa za nieprzyzwoitość w wysokim stopniu.
Zbliża się więc szybko do stołu i bierze w rękę bombonierkę.
— Oddasz ją natychmiast temu panu — mówi surowo, marszcząc brwi, starannie szczotką wyczesane. — I proszę nie wdawać się w żadne rozmowy z tym człowiekiem, bo to jest ktoś źle wychowany i nie z naszej sfery.
Pita bierze w rękę bombonierkę. Cień smutku pokrywa jej buzię. Widać, że nie żal jej bombonierki, lecz przykro jej, że będzie musiała niegrzecznością zapłacić za uprzejmość sąsiada. Kieruje się posłusznie ku wyjściu, lecz równocześnie coś miga przed oknami drugiej pustej izby, od której Tuśka zostawia drzwi otwarte, aby mieć jak najwięcej powietrza.
Pita zatrzymuje się na środku pokoju.
— Ten pan pojechał na rowerze.
— Idź... Jeżeli okno otwarte od jego pokoju, postaw bombonierkę na oknie, jeżeli zamknięte, oddaj gaździnie i każ, niech mu do izby zaniesie.