Grzecznie, drobnymi kroczkami Pita wychodzi z pokoju.
Razem z nią ten tryumfalny, płomienny, zuchwały węzeł czerwonej kokardy niknie i znów jakoś bezbarwnie robi się w izbie. Tuśka unika takich „wyzywających” kolorów uważając, że są mauvais genre9 i nieodpowiednie dla przyzwoitych kobiet. Więc — blade, szare, białe co najwyżej.
Nawet Pita jest jakby poświęcona „przyzwoitym nerwom”.
Aż tu nagle czerwony fontaź jak mak świeżo zerwany.
A potem ten fontaź ma w sobie coś z zuchwalstwa czerwonych warg ofiarodawcy.
Czego ten aktor chce? Czemu się jej narzuca?... Właściwie nie narzuca się.
Wczorajsze jego postępowanie było dość poprawne, a że dziś dał dziecku cukierki...
Jednak...
Tuśka czuje się niemile zaniepokojoną. Doznaje tego wrażenia, gdy służąca za wcześnie bez pytania na wiosnę okna pootwiera i w ciepło, nagromadzone przez zimę, nagle uderzy prąd chłodu wilgotnego wiosny i jakaś jasność, przed którą drżą fikusy i palmy, śpiące w cieniu firanek.
— Gdy będzie zanadto się narzucał, wyprowadzę się... — myśli siadając przed lustrem.