Patrząc na leluje, nabijane gwoździe i rozmaite inne „zdobnictwa”, postanowiła kupić sobie i Picie kilka breloków w formie czerpaków, ciupag i innych.
Serdaki miały już, więc należało tylko klejnoty nosić w stylu, aby stać się wierną przyjętej z entuzjazmem modzie.
Wracały do domu znużone upałem, upojone górskim powietrzem, podniecone przejściem pod werandą cukierni.
Siedzący bowiem tam goście przypatrywali się bardzo matce i córce.
Były one „coś nowego”, więc należało im poświęcić uwagę.
Tuśka i Pita mogły być dumne.
Zaćmiewały Giewont i Kalatówki.
Gdy szły tak powoli, co myślała Pita, nie wiadomo.
Było to jeszcze chaotyczne, mgliste, niejasne i tajemnicze, tak jak jej rysy, jej gesty, jej uroda, nie wiadomo jeszcze, w jakim mająca biec kierunku.
Oto lekarz powiedział jej, że tak ona jak Pita są za smutne.