Aktor czuje się podrażniony.
— Czekajcie, zaśpiewam wam coś góralskiego.
Prostuje się i zaczyna zawodząc:
Tuduraj, tuduraj,
Kiedy grule w dole;
Jak gruli nie stanie,
Tuduraj ustanie...
Józef Obidowski, dziś jakiś chmurny i zły, patrzy na gościa w dziwny sposób.
Nic nie zdoła oddać tej mieszaniny ironii i respektu — ironii dla istoty z miasta, więc dla niego, górskiego, istoty niższej, i respektu dla źródła dochodu „papirków”, które tak miło zgarniać, a za nie chałupy nowe budować. Politycznie jednak czuje, że musi wreszcie wydusić jakąś pochwałę.
— No, piknie — odpowiada wreszcie, nie wyjmując z ust fajki — ale głos u was maleńki i nie giełcy wcale!