To listonosz wrzuca na werandę list z błękitną marką i śliczną liliowo-tęczową kartkę pocztową.

Pada jak motyl z rozpostartymi skrzydłami na kolana Tuśki.

Ona się porywa.

— Proszę... proszę to zabrać...

Lecz listonosz jest już daleko. Biegnie jak na kółeczkach. Wpadł do sąsiedniej willi.

Tuśka bierze kartkę i kładzie na stole.

— Oddam gaździnie — myśli — niech mu da tę kartkę, gdy wróci z tej orgii.

Czuje jakiś żal, ból nieokreślony. Jest to raczej uczucie smutku i przykucia do ziemi. Otwiera list od męża i czytać zaczyna.

„Kochana żono! List twój otrzymałem. Cieszę się, że jesteś zdrowa i Pita także. Chłopcy są zdrowi, pisali do mnie, bawią się i uczą. Kwiaty dobrze się hodują, każę je wynosić na dziedziniec, skoro deszcz pada, a ta duża palma, zdaje się, ma mszyce. Więc kazałem stróżowi myć i sam przygotowałem tytuń i zrobiłem odwar. Futra, naftaliną przesypane, poskładałem...”

I tak cały list, cztery długie ćwiartki...