Tuśka jednak nie czuje, ile codziennego, szarego tragizmu wlecze się przez te szeregi literek. W trującym zapachu naftaliny walczy drobny, chudy człowiek z pasożytami, które obsiadły palmę, walczy wtedy, gdy słońce potokami złota zalewa przestrzenie kryształowe, pełne balsamicznej woni i czarownych górskich wizji.
Z rodzajem znudzenia odkłada ten monotonny list i znów pogrąża się w zadumie.
Piją! co?... wino, szampana, a potem te ładne, wesołe kobiety pozwalają się całować, mówić do siebie poufale. Potem zachodzi słońce, potem rozkłada się ognisko... tak czytała... układają się dokoła ogniska... znów piją... znów się całują...
— List od mężusia?
Tuśka aż drgnęła cała.
Pani Warchlakowska stoi przed nią, na tym samym miejscu, na którym stała niedawno Obidowska.
— Mężuś pisał?
— Tak.
— A... a... ta karteczka taka śliczna? To może od synusiów?
— Nie... to nie do mnie.