„Drogie moje kochanie!... Jakże tam, czy ci dobrze, czy już się odtęskniłeś? Choć proszę cię — nie zanadto, bo mnie będzie serce bolało. Mnie tu bez ciebie pusto, strasznie i wczoraj przez łzy widziałam twoje nie zajęte miejsce przy naszym stoliku. Dziękuję za twe drogie listy, umiem je na pamięć i zawsze przy sobie noszę. Uważaj, gdy idziesz w góry, aby nie spaść i nie wyrządzić sobie jakiej krzywdy, bo ty jesteś treścią i celem mego życia”...
Tuśka nie chciała czytać dalej.
— To są sekrety tego pana — wyrzekła wyniośle, odkładając kartkę.
— No... dobry numer taki aktor! — śmiała się Warchlakowska. — Ta przez łzy patrzy na jego nie zajęte miejsce, a on z aktorkami po górach lata... Ja na miejscu pani wolałabym zażądać jego pokoju od gaździny i wygnałabym go, aby nie plugawił dachu. Bo pani nie wie... on tu jeszcze jaką damę sprowadzi i dopiero będzie szkandał!...
— Nie wiem jeszcze, co zrobię — odparła wymijająco Tuśka.
Głowa ją zaczęła boleć. Pomyślała, iż tak jak tam na Wareckiej dławiły ją mury kamienic, wznoszące się dokoła jak mury więzienne, tak i tu zaczyna dławić ją jakaś ścieśniona atmosfera, która powoli wałem od słońca i przestrzeni ją otacza.
— Może się pójdziemy przejść? — proponuje pani Warchlakowska.
Lecz Tuśkę ogarnia nagle bardzo wyraźna odraza do tego ślimakowatego wleczenia się po gładkiej drodze z miną dystyngowanej damy, grzecznie spacerującej po parku.
— Dziękuję pani! — mówi, siląc się na jak najuprzejmiejszy uśmiech — głowa mnie boli.
— Najlepiej się przejść... zresztą, jak pani chce. Ja idę.