Podniosła granatowy, alpagowy, opięty kostium, na tyle jednak, że przyzwoicie dotykał ziemi, i wypłynęła jak kaczka na biel drogi.
Tuśka pozostała sama.
Patrzy na tęczową pocztówkę, patrzy na góry także tęczowe, tyle na nich barw się mieni, i dziwnego doznaje wrażenia.
Ta Obidowska, biegnąca z załzawionymi oczyma w górskie ciemne i srebrne żleby, i ta druga tam daleko, przez łzy widząca puste miejsce człowieka, który znikł w tych górskich ciemniach i srebrnych żlebach — i... potem ona sama biegnąca wzrokiem jego śladem...
To wszystko — dziwne.
Nowe.
Niespodziewane.
A zwłaszcza... niepotrzebne!
Co ją to obchodzi?
A przecież...