— To tylko dowód, jak subtelną i śliczną naturę ma ta panienka. Nie chciała pani dotknąć, powtarzając jej słowa tych błaźnic. Prawda, panno Pito?
Dziecko płakało cichutko, ocierając teraz oczy maluchną chusteczką, którą wydobyło z kieszonki.
— A potem pani córeczka widocznie nie ma do pani zaufania — podjął znowu aktor — a to źle, należy być szczerą względem mamy, powiedzieć wszystko, każdą myśl, choćby grzech śmiertelny. Prawda? co?...
Zwrócił się wprost do Tuśki i patrzył na nią szeroko rozwartymi, szczerymi bardzo, przejrzystymi oczyma.
Tuśka nie odpowiadała nic. Była ciągle zgnębiona i upokorzona. Szczególnie to wyrażenie „maluje się jak stara aktorzyca” działało na nią w fatalny sposób.
— A teraz — wyrzekł z kurtuazją markiza — pozwoli pani, że się przedstawię. Jestem — Porzycki!
Roześmiał się szeroko, błyszcząc prześlicznymi jak perły zębami. Śmiech jego podbijał, chwytał za serce, taki był z głębi i przeświadczenia jego płynący.
To: „Jestem Porzycki!” — zadźwięczało tryumfalną fanfarą. Znać było w tym tonie duszę człowieka, który przywykł rzucać swe nazwisko w tłum, wzniecając uczucia radosne i miłe.
— I... pójdę. Panna Pita się uspokoi, obetrze nosek, bo się zaczerwienił... Co?... aha, już się ktoś przez łezki uśmiecha. Dobrze jest — górą nasi! Śmierć Warchlakowskim! Vendetta!
Pita mimo woli uśmiechała się wśród łez. On porwał ją za rączki i zaczął z nią menueta.