— Tak... tak... podaj mi rączkę, markizo... La ci darem la mano... Nie? no, to nie...

Z nadzwyczaj ujmującym przymileniem ku Tuśce rzucił:

— Niech mamusia dobrodziejka pozwoli córce przyjąć bombonierkę ode mnie!... Mamusiu, nie bądź sroga! Och, jak sroga jest mamusia! Och, jak biedna jest Pitusia!...

I na ustach Tuśki wykwitł blady uśmiech.

— Dziękuję panu, ale moja córeczka cukierków nie je.

— E!... gadanie austriackie. Widziałem, jak u Płonki repetowała ciastka, aż jej się uszka trzęsły. Ale skoro moje nie w ład, to ja z nim nazad... Jak Boga kocham!

I nagle spoważniawszy popatrzył z uwagą na Pitę.

— Jaka ona blada — wyrzekł z pewnym współczuciem w głosie.

W tej samej chwili zaciemniło się w oknie i ukazała się twarz pani Warchlakowskiej, powracającej z miasta z mnóstwem zakupów w rękach.

— Cóż! idziemy dziś do Kuźnic? — zapytała z fałszywym uśmiechem, lecz na widok stojącego na środku pokoju Porzyckiego uśmiech znikł jej z twarzy, a wystąpił wyraz chłodnej, obrażonej godności.