— Przepraszam... nie wiedziałam, że pani ma gości!

I z majestatem zniknęła postać tej damy z ramy okna, natomiast kaczy cień potoczył się ku willi.

Na werandzie trzy panny Warchlakowskie przyzywały matkę strwożonymi gestami.

Tuśka uczuła, jakby ją ktoś złapał na występku. Obecność aktora u niej, nie usprawiedliwiona zupełnie, mogła rzeczywiście sprowadzić na nią jakieś podejrzenie. Jako istota skryta, miała ten rzut myśli, który w jednej chwili rozjaśnia możliwość konsekwencji tego, co się nagle wykryło. Przeczuła, że Warchlakowska w tej chwili stała się jej wrogiem.

Porzycki tymczasem zajmował się głównie Pitą.

— I cóż? — pytał. — Znów „placem”? No... dość tego. Najlepiej niech panna Pita pójdzie ze mną tam, gdzie budują nową chałupę. Będziemy łazili po belkach, przewracali kozły i lepiej się panna Pita zabawi niż z pannami Warchlakowskimi.

Tuśka z całej propozycji usłyszała głównie „przewracać kozły”. Wydało się jej to nadzwyczaj śmiałe i niesmaczne. Dobre jej ułożenie wzięło znów nad nią górę.

— Pan daruje — wyrzekła tonem wielkiej damy — ale moja córeczka musi właśnie napisać list do ojca. Chodź, Pito, dopisz się do mego listu...

Aktor ręce rozłożył.

— O, skoro list do papy, to ja nie przeszkadzam. Niech panna Pita pisze... Ojciec pierwszy.