Ukłonił się grzecznie, a nawet wytwornie, i bardzo umiejętnie, po scenicznemu wyszedł z pokoju.
Na progu jednak się zatrzymał.
— Ja cukierki przyślę... — rzucił z uporem dziecka.
I z sieni już dodał:
— I coś dla pani mamy!
Za chwilę weszła Obidowska.
W rękach trzymała ową nieszczęsną bombonierkę z pąsową kokardą i olbrzymi, czarujący snop szafirowych gencjan...
Smutna jej, świeżo spłakana, tragiczna twarz tonęła w szafirze kwiatów. Był to kontrast nadzwyczajny i tak silny, że aż graniczył z Pięknem.
Wyciągnęła cukierki w stronę dziecka, a kwiaty ku matce.
— To dla nich, a to dla nich! — wyrzekła niskim, zmęczonym głosem.