Miała w sobie odwagę nerwowych istot, które nie mogą czekać na niebezpieczeństwo, lecz idą naprzeciw niego.
Otworzyła drzwi do sieni. Ze świecą w ręku we drzwiach pokoju stał aktor. Widocznie porwał się także ze snu, odziany pośpiesznie, w serdaku narzuconym na ramiona.
— Co to? — spytała Tuśka. — Dom rozbijają?
— Nie wiem, ale to nie do nas. To zdaje mi się do chałupy gazdów. Zresztą zobaczę...
Wyszedł przed sień, stawiając świecę koło roweru błyszczącego przy ścianie.
Zostawił drzwi otwarte i teraz wycie i naszczekiwanie psów, zmieszane z odgłosem walenia we drzwi, wpadły z całą siłą razem z pędem chłodnego, ostrego powietrza w głąb sieni.
— Ozwieraj!... — pieni się głos męski.
I znów krzyk.
Tuśkę ogarnia strach i ciekawość. Wysuwa się na dwór. Srebrno i błękitno. Cała kaplica! cała baśń czarodziejska zaklęta dokoła. Nic nie zdoła wysłowić uroku takiej powodzi, takiej topieli opływającej ziemię. Smreki szafirowe, zda się, zawisły w przestrzeni i pławią się nieruchomo przepojone rozkoszą.
Wrażenie, jakie odnosi Tuśka, jest tak wielkie, że chwilowo zapomina o tych hałasach, które ją z domu wywabiły. Ogarnia wzrokiem srebrną toń i wypływające z niej chaty o szpiczastych, ostrych dachach. Niedaleko stoi smukła postać Porzyckiego i on zdaje się wynurzać z fali srebra. Stoi nieruchomo i patrzy w stronę, skąd dochodzą krzyki.