Tuśka postępuje także parę kroków i znajduje się przy aktorze. Oboje są jeszcze ciepli od snu i mają w sobie to rozmarzenie, jakie się zawsze wynosi z nagłego przebudzenia. I oboje są bardzo ładni w tym błękitnym świetle, z wyrazem niedokończonych snów w oczach...

Do chałupy, w której mieszkają Obidowscy, dobywa się ktoś zacięcie. Ale drzwi zamknięte, okna zawarte i z wewnątrz domostwa ciemno. Zdaje się, ot — mogiła. Ten, który się dobywa, ochrypły jest i niepewnie stąpa. Ale bije pięścią, ciupagą, kolanem we drzwi i chrzypi:

— Ozwieraj!...

Dziki wrzask z chałupy zawartej jest jedyną odpowiedzią.

— To Józek wraca do domu! — odzywa się wreszcie Porzycki.

— Ładny powrót!... — dziwi się Tuśka.

Aktor odwraca się ku niej i wesoły śmiech rozjaśnia mu twarz.

— Baba mści się — mówi — za to, że się chłopak zawieruszył w górach. Nie chce go wpuścić do domu.

— Dobrze robi! — wyrokuje Tuśka.

Oczy Porzyckiego powiększają się w dziwaczny sposób.