— Ależ to wstrętne...
— Co? takie temperamentowe wybuchy? Przeciwnie, to ożywia jak dzbanek wody.
Józkowi widocznie sprzykrzyło się bezowocne we drzwi walenie. Tu i owdzie po willach zaczynały błyskać światła. U płotów pojawiali się ludzie, słuchali, odchodzili śmiejąc się, wzruszając ramionami.
— Widzi pani, nikogo to nie wzrusza — wyrzekł Porzycki.
— Ale mnie wzrusza. Ja nie lubię scen... to takie niemiłe.
— E!... pani jest przeczulona!
— Nie, tylko nie jestem do tego przyzwyczajona.
Ostatnie słowa mówiła Tuśka, starając się przybrać ton dość wyniosły. Lecz aktor popatrzył na nią spod zmrużonych powiek i z ulicznikowskim wyrazem twarzy.
W świetle księżyca mimika jego nabierała ogromnej plastyki. Zdawał się twarzą białego pierrota urągać jej grzecznej poprawności, z którą nagle wyjechała, pragnąc mu zaimponować. W tej krótkiej chwili zrozumiała, że nie zaimponuje mu niczym.
Józek tymczasem przestał walić we drzwi i majstrował coś koło nich, przykucnąwszy do ziemi.