Próbował je widocznie podważyć.
Silne były i dobrze zamknięte.
Mocował się z nimi czas jakiś i nagle odskoczył, odsadził się i z całą siłą rzucił się ku oknu. Głowę opuścił i z wściekłością pijaka cisnął się nią o szyby. Cała chałupa, zdawało się, że zatrzęsła się, brzęk szkła tłuczonego przeciął powietrze. Józek ryknął, odskoczył, ponowił napad i przez wybity otwór ręką usadziwszy ramę, szarpnął wyrywając okno. Z wnętrza chałupy odpowiedział mu dziki wrzask. Józek, ze zwinnością kota ścisnąwszy się w kłębek, przez otwór okna wewnątrz chałupy wskoczył...
Tuśkę przeszył zimny dreszcz.
— Jezus Maria! — wybełkotała przerażona.
— Nie wzywaj Boga nadaremno — zaśmiał się Porzycki.
— Jakże... nadaremno... on...
Nie dokończyła.
W chałupie aż się zagotowało.
Pisk dławionego zwierzęcia, charczenie, łomot, walenie ciała o ławy, o ściany — i to wszystko w ciemności, którą siała tajemnicza chałupa, w ostry cień spowita.