Z chałupy tryumfalnie, rozwierając szeroko wrota, wyszedł Józek Obidowski i stanął, poprawiając serdak i szukając fajki. Księżyc bił prosto na niego i wydobywał jego męską, posągową piękność z nadzwyczajną siłą. Góral dyszał ciężko, jakby się spracował.
W chałupie była cisza zupełna.
Wreszcie Józek dostrzegł widocznie Tuśkę i Porzyckiego, stojących w topieli księżyca, bo rzucił ku nim w formie uspokojenia:
— Zbiłek babę, posadziłek na murku i niek siedzi.
I oparłszy się o żerdź zapalił fajkę.
Porzycki ku Tuśce się zwrócił.
— Widzi pani, jakie to proste. Zbił ją, ona siedzi na murku, on pali fajkę, za chwilę zaczną się godzić i nim słońce znów zaświta, la commedia è finita...
— Zawsze, jednak...
— E! proszę pani, w małżeństwie dumy i obrazy nie ma. Co warte małżeństwo, jeśli na savoir vivrach i na pomadkach oparte. Ot, szczerze, po prostu z mostu...
— Bić!...