— Chociażby... aby się później godzić!... Pani nie lubi się godzić? To takie miłe...
Tuśka przygryzła wargi.
— Nie wiem o tym. Ja się z moim mężem nie kłócę, więc się i nie godzę.
— To pani źle robi. Ja się często umyślnie z kobietą pokłócę, żeby się z nią przepraszać. Zgniewa się, a ja ją za rękę i wycałuję.
Porwał rękę Tuśki, podniósł do ust i całować zaczął. Ona zadrżała cała i zaczęła mu rękę wyrywać.
— Proszę pana... co to?... Przecież my się nie gniewamy.
— Ale! a o tę bombonierkę?
— Wszak wzięłam.
— Ale przedtem... a potem pani ma atłasową skórę na ręku, to pani wina... Zresztą księżyc świecił... moja złota pani, jeszcze trochę...
I znów grad pocałunków zasypał rękę Tuśki, biegnąc dreszczem dziwnym aż do ramienia, aż do łopatek ledwo odzianych peleryną.