— Zimno mi, niechże pan mnie puści.

Maskowała przed sobą wrażenie, jakie odnosiła z przylgnięcia jego ust do swej ręki, pozorami dreszczu powstałego z chłodu.

W oddali ciągle jakiś pies wył przeraźliwie i roztaczał tym jękiem wrażenie przejmującej melancholii.

Światła gasły kolejno — na drodze, całej mlecznej i jakby mgłą pociągniętej, nie było nikogo.

Przed nimi ogromne pole owsa łudziło pozorem rozlanego morza. Za nim wznosiły się góry dziwnie potulne, miękkie, a te dalsze rozwiewne, prawie przejrzyste...

Tuśka uwolniła swą rękę z dłoni aktora. Uczyniła to prawie bez tchu. Zwróciła się ku domowi i szła wolno z głową opuszczoną. Za nią szedł aktor i mówił niskim głosem:

— Czemu pani już idzie do izby? Taki cudny wieczór... Możemy trochę posiedzieć na dworze.

Tuśka w duszy miała ogromną ochotę zostać, ale zdawało się jej, że gdy zostanie, to popełni coś bardzo złego.

— Nie... nie... nie mogę.

— E!... panie z Warszawy, jesteście śmieszne i dzikie. Co się pani stanie? Rozmarzy się pani trochę, potem będzie pani lepiej spała. Czego się pani boi?